Marcin K. (nazwisko do wiadomości redakcji), 14.12.2016

Od 20 roku życia zajmowałem się intensywnie psychologią, sportem, zdrową żywnością. Miałem takie ambicje: zawsze dobrze się czuć, być wydajnym w tym, co robię i mieć sukces we wszystkich dziedzinach życia. Bawiłem się w różnego typu terapie, takie jak NLP, hipnozę, hellingerowskie ustawienia rodzinne, kinezjologiczne sesje w celu pozbycia się blokad, regresje, wing wave, time line therapy itd. Stawiałem przed sobą wielkie cele, miałem wizję swojej przyszłości i wysokie wymagania wobec życia. Tworzyłem dokładne plany, w których określałem, jak i w jakich warunkach będę żyć.
I nagle, w wieku 24 lat przeżyłem coś, czego się nigdy nie spodziewałem, bo nawet nie wiedziałem, że coś takiego istnieje.
Przez około 2 tygodnie czułem napływ miłości, ciepła i poczucia boskości. W tym okresie przydarzyło mi się w nocy wyjście z ciała: przez  parę sekund patrząc na swoją rękę czułem, że jestem poza ciałem. Zrozumiałem, że to ciało jest tylko rodzajem pojazdu, dzięki któremu można się poruszać po ziemi.
W ciągu tych dwóch tygodni chciałem koniecznie się dowiedzieć, co się ze mną dzieje. Znalazłem w internecie nauczycieli adwajty – Gangaji i Samarpana. Zamówiłem ich książki, ale niestety niczego z ich treści nie rozumiałem. Trafiłem wtedy również na audiobook Eckharta Tollego, którego też co prawda nie zrozumiałem w pełni, ale trochę mi kliknęło, o co tu może chodzić. Wystarczyło mi wtedy przekonanie, że zostałem oświecony...
Pamiętam mój ówczesny sposób myślenia, że wykorzystam te wspaniałe doznania do ułożenia sobie super przyszłości, bo z takim samopoczuciem można o wiele więcej w życiu osiągnąć.
Ale ten „boski” etap po jakimś czasie się skończył. Trudno było mi się z tym pogodzić. Przez kolejnych 12 lat (do 36 roku życia) żyłem bardzo normalnie – pracowałem, żeby mi się jako tako powodziło. Szczerze mówiąc, z dzisiejszego punktu widzenia była to straszna walka, dużo cierpienia i strachu. Często przez te lata myślałem o utraconej „boskości”,  tęskniłem za nią, i równocześnie czułem, że tamte przeżycia będą jeszcze miały dla mnie jakieś konsekwencje.
Około 36 roku życia przechodziłem duży kryzys. Zawodowy i prywatny. Praca, którą kochałem, przestała mi dawać satysfakcję. Osiągnięte cele uświadomiły mi, że były nieporozumieniem, bo mnie ani trochę nie usatysfakcjonowały, wręcz przeciwnie, czułem się przez samego siebie oszukany. Był to ciężki czas, także w życiu prywatnym czułem wtedy totalną beznadzieję. Stwierdziłem, że nie chcę tak dalej żyć, ale nie wiedziałem, co mógłbym zrobić, i jak z tego wyjść.
Jak to w życiu bywa, trafiłem na nowe metody planowania przyszłości. Robiłem kursy, i postanowiłem po prostu obserwować swoje myśli, żeby nauczyć się pozytywnego myślenia. Znów planowałem, jak ma wyglądać moja przyszłość i znów stało się w życiu coś zupełnie innego, niż przewidywały plany. Pewnego dnia rano powróciło to poczucie boskości i miłość, którego kiedyś zaznałem. Trwało to jakieś 4 miesiące, działo się ze mną coś cudownego, uwalniającego... Było to bardzo piękne, ale to piękno co pewien czas znikało i pojawiała się na jego miejsce mniej  przyjemna, przynosząca cierpienie identyfikacja z osobą.
Zacząłem chodzić zagranicą, gdzie mieszkam od lat, na satsangi, żeby więcej na temat tych przeżyć się dowiedzieć, ale niestety nie zaprowadziło mnie to dalej.
W końcu latem 2015 roku poznaliśmy przez you tube Patrycję i wkrótce przyjechaliśmy do Polski na jej satsang. Właściwie pojechałem tam tak naprawdę tylko dla mojej partnerki, bo ona lepiej rozumie po polsku. Miałem pełnić rolę babysittera naszej córki, która miała wtedy 4 lata i świetnie się tam czuła. Na tym milczącym satsangu w Łukęcinie doświadczyłem po raz pierwszy na bardzo krótki czas uspokojenia umysłu i zobaczyłem świat, jaki jest. Oprócz tego doświadczenia przestałem też gonić za boskimi, błogimi stanami, które się kiedyś pojawiły i zniknęły. Od pierwszego stasangu u Patrycji, odczułem do niej głębokie zaufanie, wiedziałem, że mogę się tam otworzyć i pytać o wszystko, co mam na sercu. Przez niecały rok byłem na wszystkich satsangach i retreatach u Patrycji.  Doświadczałem pięknych wglądów, wolności, miłości, współczucia, łez i czuję ogromną wdzięczność za ten piękny czas i łaskę, która mi została dana.
W okresie zimowym na początku 2016 roku, kiedy Patrycja miała przerwę w organizowaniu satsangów, odwiedzałem mnóstwo innych nauczycieli.
W maju 2016 byłem na ostatnim retreacie z Patrycją, gdzie przeszedłem cudowne otwarcie, które zakończyło wszelkie poszukiwania, oczekiwania i dążenia.  Nastał spokój, akceptacja i przyjmowanie życia takim, jakie jest.
Moja wdzięczność  do Patrycji nigdy nie wygaśnie, bo dzięki jej pomocy znalazłem się w miejscu, którego nigdy nie opuściłem. Nadal odpadają warstwy osobowości, których się trzymałem, o które walczyłem, choć nigdy nimi nie byłem.
Nie traktuję tego jako końca mojej przygody. Jest to moim zdaniem niekończąca się podróż.